wtorek, 30 kwietnia 2013

„Hospoda U vystřelenýho oka“ :)

  Z okazji zbliżającego się długiego weekendu (który dla niektórych już dawno się zaczął :) ) chciałem podzielić się ciekawym doświadczeniem kulinarnym, w jakim przypadło mi uczestniczyć podczas jednego weekendowo-wakacyjnego wypadu do Pragi.
  W periodyku „Machina“, już przez młodszych niepamiętanym, ukazał się kiedyś dodatek z miejscami które warto odwiedzić podczas krótkiego wypadu do którejś ze stolic europejskich. W Pradze polecano odwiedziny w „Hospoda U vystřelenýho oka“, czyli krótko – „Pod  wystrzelonym okiem“. Na dołączonym zdjęciu przedstawieni byli dwaj żwawi emeryci pijący piwko przed barem. Nawet zachęcająco. Zaplanowałem wyjazd, oczywiście jako punkt honoru przyjmując odwiedziny w wymienionej knajpie. Owego dnia postanowiłem razem z żoną i synem przejść się na piechotę i napić piwa do wymienionej gospody. Szliśmy długo, długo, długo (jak to daleko od praskiego rynku można sprawdzić na mapie :) ). Zmienia się krajobraz, coraz mniej turystów, coraz więcej ruder. Knajpa znajduje się w dzielnicy Žižkov przy ulicy U Božích bojovníků  czyli tak jakby w Polsce coś się nazywało na Czartowie przy ulicy Heretyckiej :) (jak się później okaże nazwa gospody, ulicy, dzielnicy są nierozerwalnie powiązane, a wiążą się z jednym człowiekiem – Janem Žižka, czeskim bohaterem narodowym, bitnym heretykiem, który nie przegrał żadnej bitwy, a od wystrzelonej jego jednej gałki pochodzi nazwa gospody). W końcu zmęczeni, strudzeni, zniechęceni stajemy przed takim obrazkiem:

  A w środku zaskoczenie.... Niesamowity wystrój, pod barem akwarium z rybką Bożenką, w kibelkach przy pisuarach podpórki pod zbyt ciężką głowę, wyśmienite piwo i... no właśnie niesamowity ser macerowany w oliwie, najświetniejsza przystawka do piwa jaką znam.

Czeski „Pikantní sýr v oleji“


Składniki:
- słoik,
- 2 sery camembert,
- 8 ząbków czosnku,
- olej rzepakowy,
- 1 ostra papryczka + 2 dla ozdoby,
- 1 łyżeczka słodkiej mielonej papryki.
  Sery przekrajamy w poprzek (czyli kroimy krótki bok idealnie na pół). Kroimy bardzo drobno czosnek, dodajemy łyżeczkę słodkiej mielonej papryki, pokrojoną ostrą papryczkę, mieszamy i otrzymaną breją smarujemy połówkę camemberta, Składamy, kroimy w trójkąciki (zgrabnie są 4) wkładamy do słoika, wszystko zalewamy olejem (po brzeg). Odkładamy w ciepłe miejsce, na minimum 3 dni. Po tym czasie otrzymujemy lekko zajeżdzający ultra przysmak do każdego browarka, który pozostawia niezapomniane wrażenia smakowe jeszcze przez kilka następnych godzin po spożyciu :).
Na deser świetna książka niejakiego Ota Pavel „Jak tata przemierzał Afrykę“.


  Lekko pisana książka - zbiór opowieści (świetne opowiadanie tytułowe o afrykańskich perypetiach ojca pisarza, przy których można tarzać się ze śmiechu). Świetnie oddaje jowialnego ducha Czechów, czego można doświadczyć nawet w czasie krótkiego pobytu w Pradze, do czego wszystkich serdecznie zachęcam.

Dla chcących odwiedzić, adres:
„Hospoda U vystřelenýho oka“
U Božích bojovníků 3,
130 00 Praha 3 - Žižkov













Serdecznie pozdrawiam
ToM

środa, 17 kwietnia 2013

To naprawdę proste :D

Dzisiaj coś dla miłośników Dzikiego Wschodu: Jacek Hugo Bader „Dzienniki Kołymskie”.

    Jak pewnie pamiętacie, z pierwszej części reportażowej przygody Jacka  Hugo-Badera pod nazwą „Biała gorączka” (do której również zachęcam, a może nawet napiszę kiedyś kilka słów), wybrał się on w podróż po drogach i bezdrożach Rosji. Początek wyprawy to oczywiście, zdobycie środka transportu i kasy. Wysyła wiele próśb do wielu firm produkujących wehikuły. Odmówili, to znaczy nie odpowiedzieli mu nawet na zapytanie, wszyscy, ale tak naprawdę otrzymał jedną konkretną odpowiedź od Audi/Volkswagena czyli p. dr Kulczyka. Zaproponowano mu do dyspozycji, bodajże, Audi Q7 na totalnym wypasie. Nasz bohater jednak wspaniałomyślnie rezygnuje z luksusu i decyduje się na stary radziecki łazik. Dlaczego ? Odpowiedź jest prosta. Jakby mógł rozmawiać o życiu z chłopakami spod budki z piwem na środku stepu w zrujnowanym kołchozie, podjeżdżając zabawką za 350 tysi ? Odpowiedź: nijak, a o ujściu bez dziury w głowie w ogóle nie mówiąc :).
   Zbiór niesamowitych opowieści z podróży, „Dzienniki kołymskie”, jest zapisem nowej wyprawy zapalonego reportażysty p. Jacka Hugo-Badera, na tyle ciekawej, że rejestrowanej właśnie w sposób który opisałem już powyżej – poprzez szczere rozmowy w drodze, spotkania z niezłymi oryginałami, często osnute odrobiną magii i suspensu. Opowieść  o doktorze Władi który przeprowadza operację przez telefon, o złotym oligarsze Basanskim co złoto  i dziengi rozdawał, majorze Sałatinie z przeciągiem w głowie na wysypisku śmieci – to tylko mała próbka tego czego doznał autor. Nie sposób opisać tej książki jednym słowem. Przepraszam, można – jest zaczarowana a raczej zaszamaniona… Dlaczego? Dowiecie się z lektury do której serdecznie zachęcam.

Przepisik (w odniesieniu do tytułu postu) : 
Sushi Nori Maki - to naprawdę proste, wręcz banalne :)


   Jak zauważyliście, moi mili, moda na sushi rozpleniła się w Polsce jak stonka ziemniaczana w latach pięćdziesiątych. I nic dziwnego - smaczne, łatwe i niedrogie :). Wszystkie podstawowe składniki można kupić  w osiedlowym markecie, a samo zrobienie to czysta przyjemność. Oczywiście w domu nie ma sushi man’a, japońskiej muzyczki i łódeczek ale wszystko można przecież zorganizować samemu np. zapraszając sąsiada Wietnamczyka, nadeptując kotu na ogon i puszczając papierowe łódki w misce z wodą :)
   Ale do rzeczy. Podstawą dobrego sushi jest dobry i odpowiednio przygotowany ryż. Oczywiście na upartego można odpowiednio spreparować i przygotować każdy (moja klasyfikacja: numer 1: dedykowany ryż do sushi, numer 2: ryż do risotto, numer 3: ryż paraboiled). Podstawa to dobre wypłukanie. Płuczemy tyle razy w wymienianej wodzie (zimnej!!!) aż do uzyskania klarownej wody. Oczywiście nie ma co przesadzać (ręce zlodowacieją po 3 płukaniu  :), zalecają ...7)  ale trzeba liczyć się z tym że jak nie wypłukamy odpowiednio, otrzymamy kleistą breję. Po płukaniu moczymy ryż przez ok. 0,5 godziny w ilości wody równoważnej do ilości użytego ryżu (np. jedna szklanka wody na jedną szklankę ryżu). Po wymoczeniu gotujemy w odkrytym garnku aż do wchłonięcia wody przez cały ryż, przez ok. 15 minut. Po ugotowaniu przykrywamy pokrywką i czekamy na wchłonięcie resztki wody. Po chwili przekładamy (najlepiej do drewnianej miski ) i wychładzamy. Wychłodzony ryż skrapiamy odrobiną (ok. 3 łyżek) gotową zaprawą do ryżu sushi (wygodne ale nie polecam) albo przyrządzoną samodzielnie (polecam – nietrudno przygotować, trochę octu, cukru, wody i soli – przepis poniżej).
 Zaprawa do ryżu sushi:
- 1 łyżka stołowa octu ryżowego
- 1 płaska łyżeczka cukru
- odrobina soli (albo w ogóle)
Delikatnie podgrzać rozpuszczając cukier. Wystudzić i używać. Dla większej ilości zaprawy, zwielokrotnić proporcjonalnie podane ilości składników.
Przygotowujemy wnętrze. Kroimy w słupka: ogórka, awokado, paprykę (ostrą i łagodną); przygotowujemy majonez, paluszki krabowe, odrobinę łososia wędzonego i gotowanego no i oczywiście płatki nori.
Płatek glonów nori kładziemy na matce bambusowej (matka jest niezbędna – inaczej niczego nie zwiniecie) świecącą  stroną do dołu.
  


Na chropowatej matowej powierzchni rozkładamy równomiernie ryż zostawiając od góry margines, ot tak 2 cm. Ryż delikatnie smarujemy majonezem w dolnej części, kładziemy awokado, ogórka, łososia, trochę pikantnej i słodkiej papryczki, paluszki krabowe… i powoli zwijamy. Kiedy dojedziemy do końca, czyli do marginesu bez ryżu, margines delikatnie zwilżamy wodą, chrzanem wasabi i zwijamy do końca. Ufff.. Teraz ostrym nożem wykrajamy z rulonika kawałki sushi (zwykle wychodzi od 6 do 8 kawałków).
Podajemy z sosem sojowym (koniecznie Kikkoman (i warzony w Holandii) – inne są... feee) , wasabi i marynowanym imbirem. Niebo w gębie!!!!!
Sos sojowy możemy zmodyfikować dodając do niego odrobinę wasabi - otrzymamy ostry sosik. Wymieszać – 2x niebo w gębie !!!!!
Cały rulonik sushi nori po zwinięciu możemy usmażyć na patelni w cieście naleśnikowym (200 g mąki, 150 ml mleka, 2 jajca, 2 łyżki sosu rybnego - wymiksować). Po usmażeniu pokroić – a wygląda to tak:

Bardzo Smacznego
ToM

niedziela, 7 kwietnia 2013

Zimowe reminiscencje ;)


Witam wszystkich zmarzniętych po Świątecznej niestrawności, wyglądających wiosny, i nie tylko :)
Nareszcie nastała Wiosna, chociaż jeszcze w ubiegły piątek można było zaobserwować takie obrazki:



(dla nieznających miejsca to...Grunwald).

Z okazji mijającej zimy pozwolę sobie na pewną reminiscencję.
W tym roku udało mi się spędzić kilka dni w Zakopanem. Trzaskałem kilometry na nartach, ale też poszukiwałem doznań kulinarnych i duchowych.
Miałem niewątpliwą okazję odwiedzić Teatr im. St. I. Witkiewicza w Zakopanem (krótko mówiąc Teatr Witkacego) oraz zobaczyć niesamowitą sztukę „Na niby – naprawdę”, którą uświetniła również obecność lanserki Herbuś i ministry Muchy :) oficjalnie przez nikogo nierozpoznanych :D.
Informacja dla tych którzy długo nie widzieli Teatru Witkacego – nie poznacie miejsca. Teatr świetnie odnowiony i przebudowany, a efekt tej przebudowy delikatnie mówiąc zachwyca! Nie tylko jego wygląd, z zewnątrz, z wymalowaną gębą Witkacego na elewacji,



ale też bardzo przyjazne i ciepłe foyer (z przechodnią wystawą jakiegoś twórcy – kiedy ja byłem - plakaty Młodożeńca, nawet do kupienia), mobilna scena, która stwarza wrażenie, że jest się uczestnikiem spektaklu.
Jednym słowem - bez względu na porę roku w jakiej będziecie w Zakopanem, bez względu na spektakl jaki będzie grany na, po prostu wejdźcie (oczywiście po zakupieniu biletu :) ) - Naprawdę Warto.

Wszyscy pewnie słyszeli o kwaśnicy, ale nie każdy miał odwagę, sposobność i ochotę jej spróbować.
Opowieści na temat tego dania są przeróżne. Zrobiona z dziwnych części świni, śmierdzącej kapusty.. Mogę powiedzieć jedno – próbowałem jej w wielu miejscach ( nawet na Kasprowym (cena jak w Marriott'cie – zupa 14 PLN+bułka za 4 PLN = 18 PLN, no cóż...wysoko :) ), zawsze rozgrzewająca, bogata w smaku o intensywnym zapachu wędzonki i kminku - po prostu wspaniała !!!.
Zaraz po powrocie powiedziałem sobie – powtórzę ten smak.
A oto efekt poszukiwań - sprawdzony i wypróbowany przez największego krytyka kulinarnego – moją Żonę :).

Więc dzisiaj - "Kwaśnica".

- 0,5 kg kapusty kwaśnej (proponuję sprawdzić na opakowaniu – ma być tylko sól i kapusta),
- 25 dkg wędzonych żeberek,
- 15 dkg boczku wędzonego,
- Kostka bulionowa,
- Cebula,
- 2 ziemniaki (lub według uznania,ale bez przesady)
- Przyprawy: ziele angielskie, liść laurowy, pieprz i sól do smaku, kminek!!! (bardzo ważne).

W litrze wody rozpuszczamy kostkę bulionową, dodajemy ziemniaki pokrojone w kostkę , wrzucamy żeberka i gotujemy. Boczek kroimy w artystyczną kostkę, cebulę też w zgrabną kostkę i podsmażamy. Podsmażony boczek z cebulą wrzucamy do gotującej się zupy. Po ok. 30 min. dodajemy kapustę, przyprawy i gotujemy przez 1 godzinę. Przed wrzuceniem, kapustę kroimy na drobniejsze kawałki według uznania. Proponuję też sprawdzić czy nie jest zbyt kwaśna. Mega kwaśną kapustę przepłukujemy zimną wodą.
Smacznego !!!!! 

Na koniec - w Zakopanem warto chociaż na chwilę wstąpić do Willi Oksza, w której w stałej ekspozycji znajdują się dzieła Witkacego jak również innych artystów, których inspirowały góry. Kolekcja nie przytłaczająca, fajnie zaaranżowana. Polecam nawet tym, którzy wolą Krupówki z grilowanym łoscypkiem za 2 ziko (w tym roku hit - z żurawiną).





A teraz jeszcze Was zastrzelę – w tym wszystkim smaku doda Wam książka S.I. Witkiewicza „Narkotyki”



Warto przeczytać :)

ToM

sobota, 30 marca 2013

piątek, 29 marca 2013

Witajcie !

Najzimniejsze Święta Wielkanocne jakie pamiętam :) Ale jak powiedział ktoś na Kwejku, miliardy dolarów wydane na redukcję efektu cieplarnianego w końcu zadziałały :) !
Dla ocieplenia nastroju, chciałbym przekazać Wam trzy proste przepisy, które umilą Wasze Świąteczne leniuchowanie.

Na początek niewiarygodnie prosty przepis, ale jak to bywa z prostymi przepisami - rewelacyjny.

"Mazurek kajmakowy"




Składniki:
Ciasto:
- 250 g mąki (krótko mówiąc 1/4 worka),
- 160 g masła  (no, to już trzeba odważyć),
- 100 g cukru pudru,
- 2 żółtka z jajka od kury zielononóżki - żartowałem, mogą być z Biedronki :),
Dekoracja:
- puszka masy kajmakowej (zużyjemy tylko połowę, resztę można dać dzieciakom),
- mała paczka migdałów (tak około 100 g),
- mała paczka suszonych moreli albo gruszek.

Do naczynia wrzucić masło, cukier puder, żółtka. Rozcierać składniki, powoli dodając mąkę. Na koniec kiedy otrzymamy jednolitą masę dodać 2 łyżki chłodnej wody. Robimy kuleczkę i na godzinę do lodówki. W międzyczasie wyłożyć formę papierem do pieczenia. Po wyjęciu ciasta z lodówki całość rozwałkować i umieścić na przygotowanej blaszce. Piec w piekarniku 20 minut, rozgrzanym wcześniej do 170 st. C .
Po wystygnięciu ciasto posmarować połową puszki masy kajmakowej, posypać posiekanymi migdałami i suszonymi morelami lub gruszkami wcześniej namoczonymi w gorącej wodzie albo alkoholu (wersja dla dorosłych). Jak zostanie coś jeszcze z masy kajmakowej, można porobić esy-floresy na wierzchu.
Smacznego.

Następny przepis to "Pasztet Mariolki".

Pasztet jaki jest każdy widzi, więc obędzie się bez zdjęć :).
Jest to sprawdzony tradycyjny przepis mojej żony (wcale nie Mariolki).

Składniki:
- Mięso różne i różniste - ok. 1,5 kg (sprawdzony skład to: karkówka, łopatka, szynka, boczek, wołowina (zamiennie z wołowiną może być drób) - wszystkiego po równo, czyli po 300 g. Można zwiększyć ilość mięsa do 1,8 kg zachowując jednak wagę boczku na poziomie 300 g,
- wątróbka  - 0,5 kg,
- 4 duże marchewki,
- 3 duże pietruszki,
- 1 mały seler,
- 1 cebula,
- 4-5 grzybów suszonych,
- 2 liście laurowe,
- ziele angielskie,
- pół bułki paryskiej albo 3 zwykłe pszenne bułki,
- 4 jajka,
- bułka tarta,
- gałka muszkatołowa,
- sól, pieprz, majeranek do smaku.

Mięso razem z warzywami, grzybami i przyprawami, zalać wodą., tak żeby ledwo przykryć składniki i dusić pod przykryciem do miękkości (ok. 1 godzinę). Dodać oczyszczoną, wypłukaną wątróbkę i dusić jeszcze ok 15 minut. Wyjąć mięso, wątróbkę, warzywa i grzyby a w przecedzonym wywarze namoczyć bułkę.
Mięso, wątróbkę, warzywa, grzyby i wyciśniętą bułkę trzykrotnie zmielić przez maszynkę do mięsa ze specjalnie założonym sitkiem o bardzo drobnych otworach. Wbić jajka, dodać 2 łyżki bułki tartej, doprawić pieprzem, solą, majerankiem i gałką muszkatołową, dobrze wymieszać i włożyć do formy wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą. Piec 1 godzinę w 200 st. C.

Na koniec trochę szaleństwa na Wielkanocnym stole - Sałatka z awokado.





Składniki (dla 4 osób):
- miękkie awokado - 2 szt. (koniecznie miękkie, twarde awokado zachowajcie do sushi),
- paczka gotowanych krewetek ok. 200 g - najlepsze z Lidla. Raczej unikajcie mrożonych, w ostateczności oczywiście też mogą być. Z gotowanymi trzeba trochę się pomęczyć (usunąć łebki, odnóża, pancerz) ale efekt jest boski :),
- ser feta - ok. 150 g,
- łosoś wędzony w plastrach - ok. 150 g,
- sałata lodowa - 4 listki,
- 2 jajka,
- 1/2 dużej cytryny,
- 1 łyżka miodu,
- 4 ząbki czosnku,
- imbir - kilka plasterków (może być świeży lub marynowany w zalewie),
- sól, pieprz.

Awokado kroimy na dwie równe połówki, usuwamy pestkę, delikatnie wydrążamy miąższ, pozostawiając skorupkę (przyda się później). Wydrążony miąższ kroimy w piękną kosteczkę.
Ser feta kroimy również w kostkę. Siekamy 1 plaster łososia i delikatnie łączymy z pokrojonym w kostkę awokado i serem feta. Otrzymaną masą wypełniamy wnętrze wydrążonych skorupek po awokado.
Przygotowujemy krewetki, wrzucamy je na patelnię z łyżką masła, zmiażdżonym czosnkiem i pokrojonym imbirem, podsmażamy (tak długo jak kto lubi :) ).
Gotujemy jajka. Po ugotowaniu na twardo kroimy w ćwiartki.
Przygotowujemy sos z cytryny i miodu. Krótko mówiąc, wyciskamy cytrynę dodajemy łyżkę miodu i energicznie mieszamy. Jeżeli ktoś lubi, może do tego dodać kapkę oliwy i trochę pieprzu, ja jednak preferuję połączenie samej cytryny z miodem.
Na talerzu kładziemy liść sałaty, na sałatę wydrążone awokado z wypełnieniem, jajka, krewetki, plastry łososia, kradniemy naszemu dziecku wyhodowaną na oknie rzeżuchę do przystrojenia, wszystko polewamy naszym sosem i...voila :). Smacznego.

Z okazji zbliżających się świąt chciałbym życzyć Wszystkim, którzy zaglądają niekiedy na mojego bloga, spokojnych, rodzinnych oraz dających nadzieję odrodzenia wszelkich zamierzeń i marzeń, Świąt Wielkanocnych.





Pozdrawiam

TM

sobota, 23 marca 2013

Dzisiaj trochę kultury :)

Witajcie w nowej odsłonie mojego bloga.
Żeby nie zanudzić was na śmierć książkami których i tak nie ma kiedy przeczytać :) postanowiłem wprowadzić do bloga trochę innowacji. Od dzisiaj będę próbował zainteresować czytelników tym czym normalny człowiek nigdy się nie interesuje, czyli kulturą i sztuką (ale nie mięcha z kością) :D
Na początek coś lekkiego - rzeźba, którą już znacie, a mogliście ją zobaczyć w odcinku "Ugotowanych" z moim udziałem.
Jak każda rzecz stworzona, posiada ona swoją historię. Na początku miała służyć jako wieszak na różne bibeloty ale docelowo posłużyła jako wieszak na przedziwny kamień, który piszący te słowa wyłowił z morza tureckiego a dokładnie podczas rejsu pt. "12 wysp" po morzu Egejskim.
Niesamowita podróż (chociaż z 12 wysp widzieliśmy tylko 5 :) ) -  nieprawdopodobna zmiana krajobrazów, nienaturalny aż błękit wody, wielkie fale, tak krótko można opisać to co przeżyłem.
Kamyczek został wyłowiony przy wyspie z ruinami łaźni królowej Kleopatry i zamiast spędzić życie w okurzonej szufladzie, wywołuje emocje u oglądających, a nawet zagrał mały epizod w reality show :)


Dzisiaj kuchnia rodowodem z Turcji - "Shish Kebab" (coś orientalnego na mroźną wiosnę).


Składniki:
- 0,5 kg mięsa mielonego jagnięciego, baraniego, wołowego ( może być też wieprzowina - oby dobrej jakości np. z szynki),
- 1 jajko,
- 2 łyżki mąki ziemniaczanej,
- 7 ząbków czosnku (koniecznie posiekać nożem),
- 7 marynowanych papryczek pepperoni z nasionkami (są trochę pozbawione mocy, mogą być również świeże papryczki ale wtedy trzeba uważać :) - ostatnio dodałem 1 szt. jalapeno i 1 szt. chili - idealna ostrość),
- 1 bułka namoczona w mleku lub wodzie,
- 1 łyżeczka przyprawy Gyros-Kebab wiadomej firmy (ale chyba (serio) jest najlepsza :) ),
- trochę oliwy (po inżyniersku 2 łyżki :) ), może być oliwa po marynowanym czosnku lub pomidorach - fajny smak i zapach,
- trochę aromatycznych ziół wg. upodobania (np. majeranek, oregano, bazylia itp.),
- patyczki do szaszłyków (można też użyć szpad).

Mięcho wymieszać z jajkiem, mąką ziemniaczaną...i w ogóle z wszystkim co wymienione w przepisie. Oczywiście czosnek i papryczkę ładnie pokroić (paprykę razem z nasionkami - ważne). Po dokładnym wymieszaniu (nastąpi to wtedy kiedy zacznie was od mieszania boleć ręka), formować na patyczkach lub bez nich podłużne wałeczki ( długości ok. 20 cm). Ułożyć na folii albuminowej, delikatnie wysmarowanej oliwą, i piec (ok. 30-45 min) w 180-200 st. C.
SMACZNEGO !

Do Shish Kebab proponuję prosty sos.
Składniki:
- 2 łyżki majonezu,
- 2 łyżeczki musztardy,
- 2 ząbki czosnku,
- trochę natki pietruszki,

Składniki wymieszać i wsadzić do lodówki na min. 1/2 godziny i... Ta-dam !

Oczywiście czym było by to danie bez fajnego dodatku !
Proponuję Pataty lub Bataty (jak kto woli).
Jak wiecie pataty to słodkie ziemniaki, tak jak wszystkie z rodowodem południowo amerykańskim. Ciekawostką jest że występują w odmianie słodkiej i gorzkiej, która jest również jadalna - uwaga, po obraniu i wyprażeniu w słońcu.
Zajmiemy się jednak prostszą wersją.
Dwie sztuki słodkich patatów, pokroić (ze skórką lub bez) w plastry (ok 1 cm.). Włożyć do wysokiego naczynia, polać delikatnie oliwą, posypać kminkiem w proszku, dodać posiekane 4 ząbki czosnku i trochę soli. Poszejkować, przełożyć do naczynia żaroodpornego, piec ok. 30 min w temperaturze 200 st. C.
Efekt jak na obrazku.

Smacznego :)

Pozdrawiam

ToM

niedziela, 17 marca 2013

Cześć, moi Ukochani Wielbiciele :D

"O kobiecie", "O mężczyźnie", "O miłości" - Zbigniew Lew-Starowicz.

Dzisiaj chciałbym zachęcić do lektury tryptyku profesora Zbigniewa Lwa-Starowicza "O kobiecie", "O mężczyźnie", "O miłości"...
Tak jak mówi profesor: " Jeśli uczymy się gotować, kupujemy książkę kucharską, dlaczego nie kupimy podręcznika kochania, jeśli chcemy być doskonałymi kochankami?". I to jest kwintesencja tych książek. Krótko mówiąc - czyta się jednym tchem, z wypiekami na twarzy, tak naprawdę przez cały czas porównując swoje życie do hipotetycznych bytów przedstawionych przez Profesora.
O tych książkach można powiedzieć że są jak horoskopy. Każdy czytając znajduje w nich cząstkę swoich doświadczeń. Ale z drugiej strony, po co traumatycznie doświadczać jeżeli możemy o tym poczytać i daną sytuację ominąć wielkim łukiem? No chyba że ktoś jest miłośnikiem hardcorowych wrażeń i wszystko lubi przetestować na swojej skórze.
Mając już jakiś bagaż doświadczeń, każdy który czyta, przez cały czas sobie powtarza - "O ja pie..olę, jakie to proste, to wszystko właśnie mnie spotkało, a wystarczyło tak niewiele żeby było inaczej".
Ale z drugiej strony, czy to wszystko jest tak naprawdę proste?
Zachęcam do lektury... :)

Po długim niebycie coś specjalnego - "Polędwiczki wieprzowe zapiekane z cheddarem"



Składniki:
- polędwiczka wieprzowa ( w oryginale była karkówka, ale nie wyobrażam sobie karkówki pieczonej przez czas wskazany w przepisie i bardziej miękkiej od podeszwy holenderskiego drewniaka ) - szt. 1 (ok 0,5 kg),
- kostka cheddara - ok 20 dag,
- 2 cebule,
- oliwa albo odrobina masła,
- paczka ciasta francuskiego.

Przepis prosty a zaskakujący. Zaskakujący tym, że z tego co możemy znaleźć w każdej lodówce, wychodzi bardzo wyrafinowana i elegancka potrawa.
Więc do rzeczy. Kroimy polędwiczki w kwadraciki (tak ok. 10x5 cm), kładziemy na desce do krojenia i ćwiczymy karate ( broń Boże potraktować je tłuczkiem do mięsa (pogwałcenie wszelkich norm kucharskich :), poza tym walenie łapą jest teraz trendy :). Po rozbiciu, polędwiczki delikatnie solimy, pieprzymy (oj dzisiaj po lekturze Lwa-Starowicza wszystko kojarzy mi się tylko z jednym... :D ) i wsadzamy (!) do lodówki na ok. 1/2 godziny.
Po odpoczynku, polędwiczki krótko smażymy na gorącej patelni po 3 minuty z każdej strony.
Rozkładamy ciasto francuskie, kładziemy polędwiczki, zostawiając dookoła margines ok. 3 cm. Wycinamy, zawijajamy ciasto na polędwiczkę, delikatnie zagniatamy, kładziemy gruby plaster cheddara na wierzch, na ser - plasterki cebuli.
Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do ok 220 st. C. najpierw podgrzewając z dołu później od góry. Czas ok. 45 minut, ale osobiście proponuję przez cały czas obserwować.
Podawać z tym co przyniesie wam fantazja do waszych Szanownych Głów.
POLECAM !!!

Doswidania

ToM